wtorek, 24 maja 2011
miłość. (by Neil Gaiman)
Czy kiedykolwiek byłeś zakochany?
Straszne uczucie, prawda? Czyni Cię tak bardzo bezbronnym. Rozrywa Ci klatkę piersiową i otwiera serce, a to oznacza, że ktoś może po prostu wejść w środek Ciebie i namieszać.
Budujesz dookoła siebie te wszystkie osłony, całe mnóstwo pancerzy, żeby nikt nie mógł Cię zranić i wtedy jedna głupia osoba, wcale nie inna od pozostałych głupich osób, wkracza w Twoje głupie życie...
Oddajesz jej kawałek siebie, a przecież wcale Cię o to nie prosiła. Po prostu któregoś dnia zrobiła coś durnego, może pocałowała Cię albo uśmiechnęła się do Ciebie... I od tej pory Twoje życie nie należy już do Ciebie.
Miłość zabiera zakładnika. Wnika w głąb Ciebie. Wyżera Cię od środka i zostawia płaczącego w ciemnościach.
Tak prosta fraza jak "myślę, że powinniśmy być tylko przyjaciółmi" zamienia się w szklaną drzazgę wbijającą się w Twoje serce.
Boli. Nie tylko w wyobraźni. Nie tylko w Twojej głowie. To ból duszy, prawdziwy ból, który wchodzi w środek Ciebie i rozrywa Cię na kawałki.
Nienawidzę miłości.
poniedziałek, 28 lutego 2011
Paulo Coelho też miewa rację
Zawsze myślą na odwrót: spieszy im się do dorosłości, a potem wzdychają za utraconym dzieciństwem. Tracą zdrowie by zdobyć pieniądze, potem tracą pieniądze by odzyskać zdrowie. Z troską myślą o przyszłości, zapominając o chwili obecnej i w ten sposób nie przeżywają ani teraźniejszości ani przyszłości. Żyją jakby nigdy nie mieli umrzeć, a umierają, jakby nigdy nie żyli.
niedziela, 16 stycznia 2011
Pięć lat!
Aż trudno w to uwierzyć, ale od pierwszych notek, jakie na tym blogu zamieściłem, mija dziś dokładnie pięć lat! Pół dekady, szmat czasu. Choć ostatnio prawię w ogóle tu nie piszę, lubię jednak usiąść czasem i przejrzeć te stare wpisy. Tyle wspaniałych wspomnień, aż uśmiech sam ciśnie mi się na twarz. Ile się u mnie przez ten czas pozmieniało! Rok 2006 z coming outem (którego narzędziem był ten blog, zresztą), genialnymi wakacjami, poznaniem boskich ludzi, pokochaniem Warszawy, Madonną i pierwszym związkiem. Rok 2007 - koniec liceum, matura, wyjazd do Wielkiej Brytanii. 2008, triumfalny powrót, niezapomniane wyjazdy do Berlina i Waplewa, studia i przeprowadzka do Warszawy. 2009 i 2010, chociaż pominięte już na tym blogu, zostały przeze mnie wykorzystane chyba w 100%. Trochę teraz żałuję, że nie pisałem bloga regularnie i systematycznie. Nie przypuszczałem, że aż tak miło wraca się później do wpisów z czasów, gdy było się jeszcze taaakim młodym, heh. Może czas ożywić to miejsce na nowo?
sobota, 08 stycznia 2011
...
Palę papierosa i patrzę na to miasto nocą. To samo, które kiedyś tak kochałem. To, które zabrało mi Ciebie.
środa, 27 października 2010
The Irrepressibles - In This Shirt
I am lost in our rainbow, now our rainbow has gone, Overcast by your shadow as our worlds move on, But in this shirt, I can be you, to be near you for a while, There's a crane knocking down all those things that we were, I awake in the night to hear the engines purr, There's a pain, it does ripple through my frame, makes me lame, There's a thorn in my side, it's the shame, it's the pride... Of you and me, ever changing, moving on now, moving fast, And his touch must be wanted, must become through your ask, But I need Jake to tell you that I love you, it never rests, And I've bled every day now, for a year, for a year, I did send you a note on the wind for to read... Our names there together must have fallen like a seed... To the depths of the soil buried deep in the ground, On the wind, I could hear you, call my name, held the sounds, I am lost, I am lost in our rainbow, now our rainbow has gone, I am lost in our rainbow, now our rainbow has gone, I am lost.
sobota, 12 września 2009
Andreas Steinhofel - Środek Świata
Tego się nauczyłem: miłość jest słowem, które powinno się pisać wyłącznie atramentem czerwonym jak krew. Miłość każe ci czynić najdziwniejsze rzeczy. Każe rozdawać cukierki w kolorach tęczy, każe tańczyć w czerwonych butach po ulicach i nie cofa się przed wykopywaniem nocą, zdrapanymi do krwi rękami, grobów w rajskich ogrodach. Miłość zadaje ci głębokie rany, ale we właściwy jej sposób goi też twoje blizny, pod warunkiem, że jej ufasz i dajesz na to czas. Moich blizn nie będę dotykał. Odniosę nowe rany, jeszcze zanim zagoją się stare i zadam rany innym. Każdy z nas nosi przy sobie nóż.
poniedziałek, 27 lipca 2009
click click
tak sobie z Grzesiem rozmawiam i mi przypomniał o tym oto blogu, żeby więc nie usunięto mi konta, dodaję tę oto notkę, o xD bla bla nudzi mi się jak cholera, słucham La Roux (fajna płyta) i nawet babcia się ze mną nie spotka, po co wracałem? xDDD
środa, 05 marca 2008
The Spectacular Final of my Biggest Adventure!
Tradycja trzeciego marca, jako dnia szczęśliwego i innego niż wszystkie inne została dochowana. Dla niewtajemniczonych przybliżę trochę historię tego dnia. Otóż w 1988 na świat przyszedł Radek (hehe, najlepszego! :*), w 1998 na rynku amerykańskim ukazał się album 'Ray of Light' Madonny, od którego wszystko co z nią w moim życiu związane się zaczęło. To z rocznic, o których dowiedziałem się po czasie i nie brałem udziału w tych wydarzeniach, heh. Teraz krótkie wspomnienie ostatnich trzech trzecich dni trzeciego miesiąca roku.
2005: Pumeks po raz pierwszy deklasuje konkurencję w SASPRESS, ja jako członek redakcji. 2006: Pumeks drugi rok z rzędu traktuje konkurencję w SASPRESS niczym radziecki czołg grupę kolarzy, tym razem świętuję ten sukces jako redaktor naczelny. 2007: IV Ogólnopolski Zlot Fanów Madonny we Wrocławiu, czyli krótko mówiąc Madonna Party. Jedna z najlepszych imprez w moim życiu, która zaowocowała niezwykle ciekawymi znajomościami. 2008... Zaraz.
29 lutego 2008, ostatni dzień pracy w Wm Morisson Produce Ltd we Thrapston Początek dnia nie różnił się niczym od każdego innego spędzonego w pracy. Jak zwykle stałem przy 'mojej' linii z duetem dwóch Łukaszów. W jednej ze skrzynek znalazłem kartkę na dzień matki, który tutaj obchodzony jest drugiego marca. Odłożyłem ją na bok, gdzie znaleźli ją moi towarzysze niedoli i... zebrali na niej podpisy dla mnie, na pożegnanie, lol. Tak oto zostałem matką! Przy samym pożegnaniu oczywiście się nieźle wzruszyłem, bardzo miło było. Nawet nie wiecie jak boskie jest uczucie, kiedy wszyscy szefowie niezależnie od siebie mówią, że tracą dobrego pracownika i liczą, że kiedys wrócę! Cudownie jest być docenionym. Na zakonczenie, pierwsze minuty powrotu do Peterborough spedzilem jadac w... bagazniku! Ciekawie musialo wygladac, kiedy przesiadalem sie na rondzie, lol.
03 marca 2008, Londyn! Do tego najwspanialszego na świecie miasta dotarłem około dziewiątej trzydzieści. Na Kings Cross zszedłem od razu do metra, by wyjść na powierzchnię dopiero na Marble Arch, skąd skierowałem swe kroki pod dom Madonny. Szczerze? Brzydki jest. W jednym z okien paliło się jeszcze światło, widać Guy zabalował pod nieobecność żony i zapomniał zgasić, hehe. Jako że Królowa mieszka tuż przy słynnej Oxford Street, nie mogłem nie skorzystać z okazji, by zrobić tam zakupy. Stan mojego konta jęknął boleśnie, oj, boleśnie! Dalej metrem z Bond Street do Green Park. Na Mayfair zjadłem śniadanie w ulubionym pubie gwiazd (chodzą plotki, że Madonna kupiła go za 5 milionów funtów) - Punch Bowl Pub, drugim najstarszym lokalem w mieście. Bardzo klimatyczne miejsce, miła obsługa, a jak na klientelę i lokalizację, naprawdę tanie. Po podładowaniu baterii szybko na Covent Garden, moje ukochane miejsce w Londynie. Pełne artystów wszelkich profesji, raj na ziemii, tam trzeba być! Tuż obok stoi właśnie teatr, o którym później. Zapomniałem o pewnej ważnej rzeczy, więc musiałem wrócić raz jeszcze na Oxford Street, skąd później udałem się do Greenwich. Nie wiedziałem gdzie dokładnie jest południk zerowy, więc zrezygnowałem z jego podziwiania na rzecz słynnej O2 Arena. Zarówno hala jak i jej otoczenie robi wrażenie. Z tego miejsca udałem się na południe Londynu, do Balham. Tam umówiony byłem z Pawłem, moim walijskim wybawcą, który właśnie przeniósł się do stolicy. Parę godzin gadania o wszystkim i niczym, miło było znów się spotkać. Znów metro i kierunek Covent Garden, tym razem jednak nie korzystałem z walorów tego miejsca, by iść dalej, do Theatre Royal Drury Lane, gdzie miałem już wykupiony bilet na Lord Of The Rings Musical. W ostatniej chwili, już po wejściu, zmieniono mi miejsce. Okazało się, że zamiast w najgorszym, siedziałem w najlepszym sektorze! Jeszcze przed spektaklem grupa aktorów grająca hobbitów zagrała humorystyczną mini-sztukę z życia Shire'u, która po zgaszeniu świateł i zamknięciu drzwi przeszła płynnie we właściwe show. W czasie tego 'supportu' kilkoro hobbitów weszło między widzów, jeden, ku naszej radości, polerował chusteczką łysinę jednego pana siedzącego niedaleko mnie. Był to zdecydowanie ciekawszy sposób na wypełnienie czasu oczekiwania niż typowe dla polskich przybytków kultury puszczanie muzyki. All in all, zaczęło się! Najbadziej spektakularne, obok Confessions Tour Madonny, widowisko, jakie w życiu miałem okazję oglądać! Przy scenie upadku Gandalfa na przykład aż mi się wyrwało 'wow', po czym zastygnąłem wpatrzony w scenę z otwartymi ustami, jak debil. Po przedstawieniu trójka sympatycznych Japonek poprosiła mnie o zrobienie im zdjęcia. Oczywiście nie odmówiłem, jednak lampa w ich aparacie nie zabłysnęła, w wyniku czego na fotce było wszystko, za wyjątkiem nich samych. Powiedziałem tylko 'Sorry, there's no you...', a one zaliczyły glebę stulecia, nie rozumiem czemu, hehe. Spotkaliśmy się jeszcze później w metrze. Z Covent Garden udałem się na Wesminster, by zobaczyć po raz ostatni Big Ben i London Eye, tym razem nocą. Cudowne miejsce po zmroku, piękne i nastrojowe, szczególnie, że nie ma już tłumów. Kiedy już miałem wchodzić do metra, spojrzałem po raz ostatni na wieżę i powiedziałem cicho, z głupoty, 'good bye!', i ku mojemu zaskoczeniu dzwon odpowiedział mi biciem! Heh, nawet nie zauważyłem, że właśnie minęła dwudziesta trzecia. W pół godziny dotarłem na Kings Cross, gdzie w Burger Kingu zjadłem kolację. Londyn opuściłem czwartego marca, przed pierwszą nad ranem.
Mówcie co chcecie, ale byłem w Śródziemiu.
W sumie dzień ten można uznać za spektakularny finał mojej wielkiej, brytyjskiej przygody. Albo nagrodę za to, że podołałem życiowemu wyzwaniu i nie poddałem się, kiedy w Walii wszystko zmówiło się przeciwko mnie.
I'm the Brit, I'm the Londoner, I'm the winner!
środa, 27 lutego 2008
OMFG, Earthquake!
Wczorajszej nocy obudziło mnie najsilniejsze od 25 lat trzęsienie ziemii w Wielkiej Brytanii! Wprawdzie nie były to pierwsze wstrząsy w moim życiu, jednak najdłużej trwające i chyba najsilniejsze, więc doznania całkiem ciekawe. W pierwszej chwili w ogóle nie wiedziałem co się dzieje, byłem pewny, że to sen. Dopiero sms od Kingi 'czules to?' uzmyslowil mi co sie przed chwila stalo. A i tak rano raz jeszcze sprawdzilem Inbox w komorce, czy to nie byl sen. Szczęście, że nikt nie zginął - mogę się cieszyć nowym doświadczeniem, heh. Po UK spodziewałem się wszystkiego, a dostałem to, czego w życiu bym nie przewidział! Co jeszcze z newsów... Pożegnałem się dziś z Samim, ulubionym z moich przełożonych. Powiedział, że w każdej chwili mogę wrócić, a moje miejsce pracy będzie mi dane od razu. Jutro wolne, a w piątek ostatni dzień pracy... Trochę mnie to przeraża biorąc pod uwagę jaki smutek mnie ogarnia przy rozstaniach po parutygodniowych obozach, a tu trzeba pożegnać się z ludźmi z którymi spędziłem cztery miesiące!
P.S. Już w poniedziałek Londyn! Nieoczekiwanie do rozkładu dnia dołączyło spotkanie z Pawłem, kelnerem, który uratował mi życie w Llandrindod.
piątek, 01 lutego 2008
The Story Goes On
Dzień po świętach, 27 grudnia, spędziłem w Londynie razem z Shannon i Jolą. Było genialnie, było cudownie, było wspaniale! Zaczęło się wcześnie rano, kiedy to pierwszym możliwym busem dojechałem w okolice dworca kolejowego Peterborough. Swój drugi w życiu pobyt w stolicy świata rozpocząłem na stacji King's Cross, skąd korzystając z Tube'a [dla niewtajemniczonych - jest to zwyczajowa nazwa londyńskiego metra] udałem się na słynną Oxford Street. Pieszo szedłem w kierunku domu Madonny, nie dotarłem tam jednak natrafiając po drodze na wielki HMV (obok była księgarenka Kaballah, ale zamknięta), w którym trochę za długo mi zeszło. Dodam, że był to dzień wielkich wyprzedaży i przed ZAMKNIĘTYMI sklepami były kolejki, sklepy otwarte były oczywiście całkowicie pełne. Kiedy zorientowałem się, że do umówionego pod Big Benem spotkania zostało 20 minut, biegiem udałem się na stację metra Bond Street, skąd dojechałem prosto na Westminster. Tuż przed dziesiątą na Westminster Bridge rozpoznałem uśmiechnięte twarze moich starych znajomych z Right Now. Shannon stwierdziła, że słychać u mnie brytyjski akcent, szalona! Spod budynku parlamentu poszliśmy do bramy przy Downing Street, gdzie swoją siedzibę ma premier. Słynny dom pod numerem 10 wygląda zupełnie normalnie, może poza faktem, że nie ma przy nim tłumów, których pełno w każdym zaułku centralnego Londynu. Dalej, przez St. James' Park doszliśmy na Trafalgar Square i do stojącej przy nim National Gallery. Co dziwne, największe wrażenie robiły na mnie obrazy niedokończone i oczywiście szkic obrazu Leonarda da Vinci. Mogę się też pochwalić, że zaliczyłem już obie wersje namalowanego przez niego dzieła 'Madonna wśród skał' [znacie ich historię z Da Vinci Code, jeśli czytaliście]. Po zwiedzeniu skrzydła Sainsbury'ego zrezygnowaliśmy z dalszego zwiedzania i przechodząc przez Picadilly Circus udaliśmy się do Starbucks Coffee, mój pierwszy, ale nie ostatni raz u nich. Najlepsza gorąca czekolada w moim życiu, z toffi! Dowiedziałem się jednak, że najlepsza gorąca czekolada na świecie jest w kawiarni w nowym gmachu biblioteki w Parku Zdrojowym w Jastrzębiu, kufa, to do Londynu musiałem jechać, żeby mi ktoś to miejsce polecił? W drodze do Pałacu Buckingham zaliczyliśmy jeszcze Ritza i St. James Palace, pod którym akurat zmieniali się wartownicy, śmiesznie to wygląda, ale bardzo ciekawie. Na skraju St. James Parku spotkaliśmy wiewiórkę [tak, takie zwierzątko], która zupełnie nie bała się ludzi. Nawet podeszła do mojej ręki, hah. Sama siedziba królowej nie robi tak wielkiego wrażenia jak pozostałe atrakcje miasta. Stojąc przed jej frontonem bardziej zainteresowaliśmy się szczerze mówiąc ogromną ilością samolotów pasażerskich na niebie. Kółko zamknęło się po raz pierwszy, kiedy przez St. James Park wrócilismy na Westminster. Sam park jest cudny, masa ptaków wodnych i wiewiórek, które biegają wszędzie, włączając to bezpośrednie sąsiedztwo przechodniów. Co mnie najbardziej zaskoczyło, to drzewa, na których pod koniec grudnia zakwitły kwiaty! Tak właśnie wygląda tu zima, za co kocham Anglię. Tubem dostaliśmy się na Tower Hill, gdzie po obejrzeniu Tower of London przeszliśmy do przystani jachtów, po której wyminięciu mieliśmy przed sobą boski widok na Tower Bridge, na którym później Shan kupiła nam orzechy w karmelu, mmm. Wtedy zadzwonił Adam, narzeczony Shannon i podobnie jak ona Australijczyk. Czekał już na nas na znanym z premier filmowych Leicester Square, czyli - co tu ukrywać - daleko. Nieźle spoźnieni w końcu do niego dotarliśmy, by udać się wspólnie na obiad do chińskiej restauracji w Chinatown. Jedzenie genialne, nauczyłem się też przy okazji jeść pałeczkami, co okazało się całkiem proste. Kiedy posiłek był za nami, na zewnątrz zapadł już zmrok. Był to więc idealny moment na spacer po Soho, dzielnicy rozrywki i rozpusty. Kluby, lokale ze striptizem, agencje towarzyskie i kina XXX dominowały zupełnie na niektórych ulicach. Ciekawostką jest, że jeśli widzisz w oknie czerwone światło, możesz być pewny, że czeka tam na Ciebie miła i jakże samotna pani. Niestety, wszystko co dobre, konczy się zdecydowanie za szybko. Odprowadzili mnie więc całą trójką do Tube'a, którym dostałem się na King's Cross, stąd zaś pociągiem do P'boro.
Następnego dnia musiałem iść do pracy i zrobiłem to, mimo objawów grypy żołądkowej. Dzień jakoś przetrwałem, ale potem choroba wygrała i siedziałem w domu.
Sylwester, według planów, miałem spędzić w Londynie podziwiając fajerwerki na London Eye. Z powodu choroby nie udało się tego jednak zrealizować i... nie żałuję. Może i wyglądały nieziemsko efektownie [ave YouTube], ale trwały zaledwie 10 minut. Zamiast tego spędziłem noc w domu z rodziną z którą mieszkam i nie powiem - był to Sylwek udany!
W styczniu wpadłem w niezłego doła. Tęsknota i stres związany z dojazdami do pracy skumulowały się i doprowadziły do tego, że gotów byłem wracać do domu już w lutym. Ostatecznie jednak po raz kolejny udało się wszystko załatwić i znów jest dobrze.
Ze spraw najnowszych - zacząłem chodzić na basen! W końcu się przemogłem i okazało się to dobrą decyzją - dużo lepiej się po tym czuję. Muszę się też pochwalić, że notka ta jest pierwszą, jaką piszę na moim cudownym laptopie. Ma na imię Harry i jest miłością mojego życia, lol. I jeszcze jedno - pasują na mnie t-shirty w rozmiarze S! Bosko, nie?
Wiem już, że nie wrócę do kraju bogaty w pieniądze. Wolę przywieźć tonę wspomnień [no, i KILKA płyt też :D], więc wybieram się do Cambridge i Londynu jak tylko się ociepli.
Nie wiem co jeszcze napisać, więc kończę na tym. Tradycyjnego podsumowania roku tym razem nie będzie.
Kisses! Miss y'all!
środa, 26 grudnia 2007
Santa's already came to town!
Im bliżej świąt, tym bardziej cisnęła mnie tęsknota za domem, rodziną i przyjaciółmi. Bałem się, że w Wigilię nie wytrzymam i wpadnę w niezłego doła... Na szczęście, dzięki Kindze i jej rodzinie nic takiego się nie wydarzyło. Nie będę się rozpisywał o przygotowaniach i wszystkich wydarzeniach poprzedzających każde święta, bo i po co. Kilka godzin przed wieczerzą dotarło do mnie, że wyjeżdżając z kraju nie spodziewałem się, że będę miał prawdziwe święta, czy jakąkolwiek inną okazję, przy której warto się lepiej ubrać. Nie wziąłem więc nawet zwykłej koszuli. Wniosek? Lecimy na zakupy. Całe szczęście, że w Sainsburym mieli jedną, która nie była tylko 'dobra, lepsza ta niż żadna', ale naprawdę niezła i niedroga. W ten sposób kupiłem pierwsze ubranie na ziemii brytyjskiej. Sama kolacja wigilijna była wspaniała, dawno już nie jadłem tak dobrego jedzenia (przywykłem do fabrycznej kantyny), więc jak każe tradycja zjadłem więcej niż powinienem. Krótko po niej mieliśmy zawieźć prezent do innego domu. Nie można jednak tego zrobić normalnie, bo i po co, skoro są ciekawsze metody. Zaopatrzony w czapkę Mikołaja postawiłem więc pakunek pod drzwiami, zapukałem i powoli odszedłem ulicą. Obdarowani, ku naszej uciesze, najpierw się wystraszyli, że to może bomba. Ja sam pod choinką znalazłem (a raczej Julka znalazła i mi podała) genialny kubek z Tygryskiem z Kubusia Puchatka i dvd 'In Bed With Madonna'. W sumie można uznać też za prezent dekorację świąteczną, którą rano dostałem pocztą z domu. Wiem już, że będzie wisiała w pokoju aż do mojego wyjazdu. Pierwszego dnia świąt pojechaliśmy do obdarowanych poprzedniego wieczoru krewnych moich gospodarzy. Wspomnienia, dyskusje, gry i przyspieszony kurs języka angielskiego by Julka sprawiły, że dzień (a zwłaszcza wieczór) miał naprawdę przyjemną atmosferę. Podsumowując, mimo braku bliskich w pobliżu, nie wpadłem w doła i spędziłem wspaniałe święta na obczyźnie.
MERRY CHRISTMAS AND A HAPPY NEW YEAR!
P.S. Jutro spotykam się w Londynie z Shannon i p.Jolą :D
czwartek, 06 grudnia 2007
November Christmas
Cóż mogę napisać, z jednej strony mało - bo ciągle praca, z drugiej jednak więcej, niż mógłbym napisać siedząc w Polsce jak podejrzewam. Zmieniło się moje stanowisko pracy, z przekładania skrzynek z towarem na palety przeszedłem do wkładania pustych skrzynek do maszyny myjącej, po czym trafiłem do miejsca, w którym puste skrzynki wrzucam na taśmę, na której jadą do pakowaczy. Co poza pracą. Po pierwsze rozwaliłem całkiem ładną kasę na płyty. Ciężko się powstrzymać, szczególnie, że są 2-4 razy tańsze niż w Polsce! A wybór dużo większy przy tym. Najdroższą kupioną płytę tutaj, czyli specjalne wydanie nowej Kylie, dostałem nawet w dwóch egzemplarzach (zapłaciłem za jeden!). Sklepy mogłyby się tak zawsze mylić, hah. Pozostając przy Kylie, pojawił się problem z jej koncertem. Otóż Księżniczka POP wystąpi w Pradze 12 maja, a 13 maja rano mam maturę z historii... Oczywiście nie ma rzeczy niemożliwych - egzamin przełożę na termin czerwcowy i spokojnie będę cieszył się Kylie, o ile oczywiście dostanę bilet. Ciekawostką jest fakt, że wicedyrektorka mojego liceum pomoże mi w tym. Poza Kylie planuję jeszcze zaliczyć w przyszłym roku koncert Avril we Wrocławiu (prawdopodobnie z Aldonką) i Madonny, ale jeszcze nie wiem gdzie. Skąd wziął się tytuł notki? Już wyjaśniam. Pewnego listopadowego wieczoru na centralnym placu miasta miała miejsce wielka feta związana z uroczystym zapaleniem światełek świątecznych w mieście. Sztuczny śnieg, muzyka świąteczna, występy na żywo (jeden z uczestników X Factor, Daniel, też był) i grupowe odliczanie do momentu zapalenia wprowadziły niezły nastrój, czułem się bardzo świątecznie, serio. Całość przypominała raczej naszego Sylwestra, ale właśnie tak chyba powinno się cieszyć ze świąt. A że miesiąc przed nimi, to co? Wiadomość z ostatnich dni - zaliczam właśnie pierwszą chorobę na Wyspach. Zaczęła się już w niedzielę, ale w poniedziałek zaryzykowałem jeszcze pracę. Teraz trochę żałuję, bo może gdybym wtedy odpuścił nie byłoby tak ostro. We wtorek wieczorem miałem już 40 stopni gorączki i czułem się naprawdę okropnie. Wczoraj zarejestrowałem się w przychodni, ale powiedziano mi, że jeśli chcę się widzieć z lekarzem, to mogę zadzwonić dziś rano i się umówić. Jasne, a w tym czasie zdychać? W sumie zaczęło mi samo przechodzić, czuję się już lepiej i do lekarza w końcu nie poszedłem. Jutro wracam do pracy. Kisses! Szczególnie dla dzisiejszej solenizantki - Aldonki!
piątek, 09 listopada 2007
Opening of My British Story
Pierwsza w nocy, właśnie zaczynał się 20 października 2007 roku. Był to
czas tak zwanej pobódki. Tak zwanej, bo oczywiście oka nie zmrużyłem
całą noc, heh. Jakieś dwadzieścia minut później jechałem już z
rodzicami do Pyrzowic. Dojechaliśmy oczywiście przesadnie wcześnie, po
drodze mijając osiedle Aldonki i Sandry (pozdrawiam xD). Na krótko
przed odprawą na lotnisko dotarła jeszcze banda szaleńców w składzie
Daga, Karol i Kamil. Że też im się chciało, dzięki!
W samolocie zająłem jedyne słuszne miejsce - przy oknie. Początkowo
byłem zawiedziony, bo chmury zasłaniały widok, a do tego była noc, więc
czarna dziura w okół. Mniej więcej w połowie drogi się jednak
rozpogodziło. Europejskie miasta nocą (Londyn!), statki na kanale La
Manche, działająca latarnia morska czy samolot lecący poniżej -
nieziemskie widoki!
Na lotnisku w Luton samolot wylądował 45 minut przed czasem, akurat o
wschodzie słońca. Po odprawie i znalezieniu bagaży zacząłem błądzić po
lotnisku w poszukiwaniu jakiegoś transportu do samego Londynu.
Znalazłem po jakichś 10-15 minutach. Kierowca autokaru załamał mnie,
zupełnie nie rozumiałem co do mnie mówi. Trzy razy pytał gdzie chcę
dojechać, a ja się zastanawiałem, czego on chce od mojego bagażu.
Poznawanie Londynu zacząłem od błądzenia w poszukiwaniu Victoria Coach
Station, przerywanymi telefonami do Kingi. W końcu kazała mi wejść do
sklepu i tam mieliśmy się spotkać.
Ciężki i wybitnie przeszkadzający bagaż zostawiłem w przechowalni na
Victorii i wyruszyliśmy na podbój. Piccadilly Circus, Trafalgar Square,
Covent Garden, Westminster, Kings Cross z peronem 9 i 3/4, Tower of
London i Tower Bridge... Wszystko nieziemskie, marzenie się spełniło.
Oczywiście przez Tower Bridge spóźniłem się na autokar do Cardiff, ale
to wyszło tylko na dobre. Miałem godzinę czasu na to, żeby kupić
angielski numer telefonu i aktywować go przy pomocy niezawodnej Kingi.
W końcu jednak przyszedł czas wyjazdu do Walii. Zaskoczyło mnie, że w
autokarach National Express trzeba mieć zapięte pasy. Mimo to są jednak
milion razy wygodniejsze niż nasze PKSy, ale to akurat było łatwe do
przewidzenia. Po drodze usłyszałem też pierwszą piosenkę Madonny na Wyspach - Express Yourself.
Do Cardiff dotarłem, kiedy było już zupełnie ciemno. Zobaczyłem
Millenium Stadium (Madonna otworzyła tam europejską część Confessions
Tour! :D) z zewnątrz, po czym ruszyłem lokalnym autobusem do Porthcawl.
Może morza za dobrze w pierwszej chwili nie zobaczyłem, bo było ciemno,
ale szumiało bosko, heh.
Hotel duży i całkiem nieźle się prezentujący. Wchodzę, przedstawiam
się, mówię w jakiej sprawie przyjeżdżam i... dowiaduję się, że oni
żadnego Polaka nie oczekują! Dostałem za darmo pokój i wyżywienie na
kilka dni, żeby agencja znalazła mi inną pracę. W tym czasie zaliczyłem
międzynarodową (Walijka, Hindus, Rosjanin litewskiego pochodzenia i
Polacy) imprezę z okazji finału pucharu świata w rugby. Niestety meczu,
mimo szczerych chęci, nie zobaczyłem, bo na imprezę dostałem się, kiedy
akurat reprezentacja RPA otrzymywała puchar. Ciekawostką jest to, że w
Walii nie lubi się Anglii. Przykładem niech będzie radość z przegranej
reprezentacji. Mało tego, nawet w meczu z Francją, odwiecznym wrogiem
Brytyjczyków, w Walii kibicowano graczom znad Sekwany. Oglądałem
miasto, spacerowałem na brzegu morza (pięknym, skalistym brzegu!)...
Żałuję, że byłem tam tak krótko. W czasie odpływu woda opada tak
bardzo, że morze cofa się daleko od normalnego brzegu, a statki w
porcie leżą na suchym dnie. Różnica poziomu wody to, uwaga, jedenaście
metrów!
W końcu jednak po czterech dniach dostałem skierowanie do innego
hotelu, tym razem w Llandovery. Już po paru godzinach okazało się, że -
a jakżeby inaczej - nie ma tam dla mnie pracy, bo szukają kogoś z
genialnym angielskim. Od tego momentu zacząłem wpadać w załamanie,
autentycznie chciałem wracać do kraju. Po 3 dniach kolejne skierowanie,
do Llandrindod. Wreszcie dostałem pracę, nastrój się lekko poprawił.
Pracowałem jednak tylko dwa dni, po czym odszedłem na własne życzenie.
Hah, pierwszy raz w życiu rzuciłem pracę! Przez co zostałem w nocy
wyrzucony z pokoju, gdyby nie kelnerzy z Polski i Hiszpani, marznąłbym
pewnie całą noc na jakimś dworcu. Dlaczego odszedłem? Niska płaca, mało
godzin pracy w tygodniu, niepłatne nadgodziny będące codzienną normą,
okropna atmosfera, szefowie z problemami z myśleniem i traktowanie
ludzi gorzej niż będących własnością hotelu przedmiotów - czy to nie
wystarczy?
Wsiadłem więc w pociąg do Shrewsbury (znów byłem w Anglii), potem
National Express do Birmingham i następny już do Peterborough, gdzie
mieszka Kinga z rodziną i gdzie teraz mieszkam ja.
Pracuję w czymś, co nazywa się umownie fabryką. Bardzo duży zakład w
Thrapston zajmuje się przygotowywaniem warzyw i owoców do sprzedaży w
sklepach. Moja rola polega na przekładaniu skrzynek z towarem z taśmy
na palety, które następnie wędrują do ciężarówek i dalej do klientów.
Praca jest naprawdę ciężka, ale przynajmniej pewna i dobrze płatna. Do
tego panuje tam przyjazna atmosfera, nawet bezpośredni przełożeni są
mili.
Kończą mi się pieniądze, będę musiał pożyczać na dojazdy i jedzenie, ale już za tydzień pierwsza wypłata!
Co jeszcze mogę napisać... Może porównam założenie konta w PKO w Polsce
i w Lloydsie w UK. PKO - cztery godziny w banku, miesiąc czekania na
kartę. Lloyds - dwadzieścia minut w banku, dwa dni czekania na kartę.
Różnica lepiej niż drastyczna jak widać.
Koniecznie muszę też obalić pewien mit krążący wśród Polaków. Mówi się,
że angielskie pieczywo jest okropne i smakuje jak tektura. Podobnie
mówi się o wędlinach i innych artykułach spożywczych. Niech moim
komentarzem będzie pytanie - czy autor tej tezy był kiedykolwiek w
Wielkiej Brytanii i jadł tutaj coś?
Potwierdzę z kolei inną opinię o tym kraju - ludzie naprawdę są bardzo życzliwi i otwarci! Ach, jeszcze jedno - stacje radiowe mają boskie!
Na tym kończę tę notkę, jeśli coś mi się przypomni, pojawi się w następnej.
Kisses!
czwartek, 18 października 2007
Yes, I'm ready to jump! (and that's so hot!)
Machina została wprawiona w ruch i nie ma już odwrotu. Za nieco ponad 40 godzin wyląduję na Luton i zacznie się nowy etap w moim życiu, chyba można tak o tym mówić. Od lat twierdziłem, że po maturze wyjadę z kraju. Potem złagodziłem groźbę do 'jeśli nie dostanę się na studia, wyjeżdżam'. Cóż - widać było mi to pisane. Chyba zawsze marzyłem o tym, by zobaczyć Wielką Brytanię w ogóle i Londyn w szczególności. Teraz, kiedy od spełnienia dzieli mnie tak niewiele, jakoś trudno mi w to uwierzyć. Może to i dobrze - w rzadkich chwilach, w których to do mnie dociera wpadam w panikę. Boję się, że mi nie wyjdzie, że nie nadaję się do pracy w hotelu. Ale jeszcze bardziej boje się tego, że zawiodę się na tym kraju, co jest bardzo prawdopodobne biorąc pod uwagę moje wygórowane oczekiwania. Boję się, że mój angielski jest jeszcze za słaby na taki skok... Do tego dochodzą wybory, które muszę ominąć. Niby ktoś, kto miał nie głosować, zrobi to 'w moim imieniu', ale sumienie i tak ględzi. Z drugiej strony jednak pociąga mnie to nieziemsko. Nowe miejsca, nowa sytacja. Nieznane! Lubię wyzwania, a to będzie największe ze wszystkich jakie do tej pory podjąłem. Jest też bardziej patetyczna refleksja. W jakiś sposób czuję, że jeśli nie wyjadę teraz, chociaż na te kilka miesięcy, to później będzie to bardzo trudne. Zapuszczanie korzeni i te sprawy... Panika paniką, ale przywiązania do jednego miejsca boję się chyba najbardziej na świecie! Nie przypadkowo w pierwszym wersie tytułu notki zacytowałem właśnie ten tekst Madonny. Ta piosenka mobilizowała mnie zawsze, odkąd ją poznałem. A te słowa są odpowiedzią na pytanie zadawane nieustannie przez moją podświadomość: czy jestem gotowy do tego skoku? Yes, I'm ready...
Następną notkę napiszę pewnie już stamtąd. Ciekawe co w niej umieszczę... Cheers!
sobota, 06 października 2007
All right London, are you ready to ride with me?!
Taaak, już za 2 tygodnie zobaczę Londyn!!! Wyjeżdżam na pół roku do południowej Walii, trzy godziny drogi od miasta marzeń...
Dziś mija 25 lat od oficjalnego debiutu Madonny!
Tyle, koniec notki podjaranego JESZCZE nastolatka, któremu nie chce się pisać nic więcej, o!
|
|